Zbigniew DEYCZAKOWSKI

Zbigniew Deyczakowski

Zbigniew Dey-Deyczakowski (1902-1943)

Absolwent Wydziału Nawigacyjnego z 1923 r., kapitan żeglugi wielkiej, współtwórca Stoczni Yachtowej w Gdyni, znawca prawa morskiego i poliglota, uważany za najwybitniejszego kapitana we flocie statków Polskarobu, starszy brat Zygmunta, kapitan „Zagłoby”, uczestnik konwojów atlantyckich, bohater II Wojny Światowej.

Urodził się 27 marca 1902 r. w Ottyni koło Stanisławowa, był potomkiem deja (oficera) akermańskich Tatarów. Ojciec Edmund Gracjan Deyczakowski, herbu Doliwa, był urzędnikiem Wydziału Powiatowego w Tłumaczu, burmistrzem Ottyni, dyrektorem tłumackiej Komunalnej Kasy Oszczędności oraz zasłużonym działaczem „Sokoła”[1].

W roku 1920 Zbigniew, zdawszy egzaminy, został uczniem pierwszego kursu nowo utworzonej Szkoły Morskiej w Tczewie. Trwała jeszcze wojna
z bolszewikami, front był coraz bliżej i wszyscy nowo przyjęci uczniowie, niemal jak jeden mąż, zgłosili się ochotniczo do Marynarki Wojennej. Pierwsza „rekrucka obróbka” odbyła się w Toruniu. Następnie rozkazem dowództwa zostali przydzieleni na placówkę Hel. Pobyt tam trwał do
18 października 1920 r.

Potem była nauka w szkole, od jesieni 1921 r. także praktyki na statku szkolnym „Lwów”, a w wolnych chwilach zabawa: „Lubiliśmy nasze wycieczki do miasta. Upodobaliśmy sobie jedną tancerkę, która na nasze żądanie powtarzała swój numer, a my głośno biliśmy brawo. Nie cała publiczność jednak podzielała nasze upodobanie i wielu widzów ostentacyjnie nie klaskało. Pewnego wieczoru Zbigniew Deyczakowski, zwany przez nas Długim, bo miał chyba bez mała dwa metry wzrostu, wstał, wyprostował się na całą swą długość i swoim kresowym akcentem wyrecytował: «Albo będzie brawo bite, albo będzie w mordę bite!»”[2].

Po ukończeniu Wydziału Nawigacyjnego uczestniczył w pierwszej zagranicznej podróży „Lwowa” do Brazylii, podczas której statek przekroczył równik, opłynął Wyspy Zielonego Przylądka i zawinął do Rio de Janeiro. Do Polski żaglowiec zawinął w końcu stycznia 1924 r.

Po powrocie, z braku perspektyw zatrudnienia w rodzącej się w bólach marynarce handlowej, Zbigniew Deyczakowski pływał na francuskich żaglowcach oceanicznych (w ramach umowy podpisanej przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu). Przez czas jakiś był następnie IV oficerem na „Lwowie”. W 1927  koncern „Robur” utworzył Polsko-Skandynawskie Towarzystwo Transportowe „Polskarob”, wyposażone w statki do przewozu węgla „Robury”, w  1928 r. powstało  Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe  SA (Polbryt). ”[3]).

W marcu 1929 r., jako jeden z pierwszych absolwentów Szkoły Morskiej w Tczewie, otrzymał dyplom kapitana żeglugi wielkiej i objął dowództwo
s/s „Robur I” (kłopotliwego gruchota, zwanego przez pracowników „pływającą trumną”[4]).

W 1932 r. kupił w Göteborgu, o czym donosił miesięcznik „Morze”[5], piękny jacht „Orion”. Był w tym czasie kapitanem „Robura VI”, w następnym roku – „Robura V”. „Kapitan Deyczakowski w ciągu roku spędza służbowo około 250 dni na morzu. W porcie przebywa tylko tyle godzin, ile potrzeba na załadowanie lub wyładowanie statku. Wreszcie kiedyś bierze urlop i… spędza go na morzu, podróżując swoim własnym jachtem”[6]. W połowie 1933 r. jacht „Orion” zatonął w sztormie, wracając z regat Gdynia – Bornholm. „Załogę, którą stanowili kpt. Deyczakowski Zbigniew, jego brat Zygmunt i jeden z marynarzy, uratowano”[7].

Oprócz znakomitej wiedzy nawigacyjnej wyróżniał się znajomością prawa morskiego i władał biegle ośmioma językami. W 1934 r. został współzałożycielem Stoczni Yachtowej i członkiem zarządu tej spółki – razem z kolegą szkolnym z rocznika 1928 Leonem Tumiłowiczem.

W 1938 r. otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi[8].

Od lutego 1939 r. był kapitanem na „Roburze VIII” – wówczas najnowocześniejszym statku Polsko-Skandynawskiego Towarzystwa Transportowego (Polskarob), w kwietniu 1940 r. przemianowanym na s/s „Zagłoba”.

Na początku września tramp został wyznaczony do grupy polskich statków, które via Rumunia miały dostarczyć do walczącego kraju ładunki broni
i sprzętu wojennego, w tym samoloty. Przeszedł do Liverpoolu, gdzie kadłub statku pomalowano na szaro i załadowano samoloty – ale pomoc już była niemożliwa. „Robur VIII” otrzymał zadanie przewozu węgla do portów francuskich i londyńskiej elektrowni[9].

„Wysoki, kościsty, o twarzy Sarmaty, nos miał wydatny, sępi. Na mostku, gdzie spędzał dnie i noce, chodził przeważnie w wielkim, jak grzyb, baskijskim berecie i potężnym, do stóp niemal sięgającym kożuchu z wilków. Doskonały nawigator, lingwista i wspaniały człowiek. Despotyczny
i surowy, ale sprawiedliwy. Bardzo wymagający i jednocześnie wyrozumiały dla załogi. Pewnej nocy, po sporej porcji koniaku, powystrzelał
z pistoletu wszystkich dostojników Polski przedwrześniowej. To znaczy kulami podziurawił dokumentnie ich portrety, które jeszcze wisiały na ścianie kapitańskiego salonu. Następnego ranka steward obrazy wyrzucił za burtę, pobite szkła sprzątnął, a cieśla okrętowy dziurki w szocie ślicznie pozaklejał”[10].

W sierpniu 1940 r. statek został skierowany do konwojów atlantyckich – 24 lutego 1942 r. kapitan Deyczakowski został za odwagę odznaczony Krzyżem Walecznych. W końcu grudnia tego roku statek zabrał ładunek (karabiny, czołgi) i wyszedł z Nowego Jorku. Uszkodzony przez sztorm na Atlantyku, zawrócił do Halifaxu.

W końcu stycznia 1943 r. został skierowany w 20. podróż w konwoju S.C. 118 – mimo sztormu i niedostosowania tego typu statku do nadmiernego obciążenia ładunkiem. 10 lutego 1943 r. zaginął wraz z całą załogą, zatopiony przez niemieckiego U-boota.

„W ciągu blisko trzech lat przebyli kilkadziesiąt razy przestrzeń między Anglią a kontynentem amerykańskim; przestrzeń, gdzie każda mila
z trzech tysięcy, kryła niebezpieczeństwo i gdzie prócz tego Natura pozwala Wiatrowi na wybryki zimowych atlantyckich sztormów, które już wiele statków posłały na swe odległe dno. […] Raz, wracając z Ameryki, dostali się w sztormie w pola kry lodowej. Może torpeda wbiła się w żywą, wibrującą pracą maszyn burtę statku, dławiąc życie, może we mgle zderzył się z innym statkiem? Ostatni raz widziano «Zagłobę» już tylko o paręset mil od wybrzeży szkockich, jak w ciężkim sztormie pracowicie wspinał się na grzbiet fali, zjeżdżał w dół, rył się dziobem w następną falę, przecinał mniejsze, a ginął cały w pianie. Walczył… i zginął, a z nim cała jego załoga: «I ten pierwszy, co był chudy, i ten drugi, co był rudy, i ten trzeci, co tak wódkę lubił chlać…. razem trzydziestu kilku» – napisał Stefan Gazeł[11]. „Tak zginął bez śladu głośny kapitan «Długi» ze swą dobraną załogą”[12].

W książce wydanej w 1968 r. pt. „Die U-Boot – Erfolge der Achsenmachte 1939-1945“ autor Jürgen Rohwer ustalił na podstawie analizy dzienników okrętowych, iż s/s „Zagłoba” został storpedowany między 5 a 6/7 lutego 1943 r. przez U 262. Data 9 lutego, podawana przez wiele lat jako dzień zgonu, została przyjęta przez Brytyjską Admiralicję.

W 30. rocznicę zatonięcia „Zagłoby” napisał do młodszego brata Zygmunta Deyczakowskiego Czesław Pawłowicz (abs. WN z 1931 r., który naukę zaczynał jeszcze w Tczewie): „Drogi Zygmuncie […]. Nieliczny już Klub Tczewiaków […] dnia 7 lutego odbędzie zebranie z programem uroczystości uczczenia pamięci poległych na «Zagłobie». Będzie mowa o śp. Zbigniewie”[13]. Apel odczytał Bolesław Mikszta. Były armator Polskarobu Alfred Falter zawiadomił, że nabożeństwo za duszę śp. zmarłych na posterunku śmiercią marynarza odbędzie się w Kościele Polskim przy Devonia Road[14].

„Śp. Zbigniew Deyczakowski posiadał wszystkie walory potrzebne dla doskonałego człowieka, marynarza i kapitana, i taki jego obraz powinien być utrwalony dla przyszłych pokoleń morskich”[15].

W 1974 r. na frontowej ścianie budynku przy al. Zjednoczenia 11 została ufundowana przez żeglarzy tablica: „Pamięci członków Yacht Klubu Polski
w Gdyni, którzy w latach 1939-1945 oddali życie za Polskę w obronie Wybrzeża, w walkach na morzach, w hitlerowskich obozach zagłady i miejscach kaźni”[16]. Jest na niej nazwisko Zbigniewa Deyczakowskiego.

Na wniosek Polskiego Towarzystwa Nautologicznego, w Ogólnopolskiej Alei Zasłużonych Ludzi Morza im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Rewie,
16 czerwca 2021 r. wmurowano „gwiazdę” kapitana żeglugi wielkiej Zbigniewa Deyczakowskiego.

Źródła: Kadry morskie Rzeczypospolitej, tom I, pod red. Jana Kazimierza Sawickiego, Gdynia 2000; Kadry morskie Rzeczypospolitej, tom II, pod red. Jana Kazimierza Sawickiego, Gdynia 1996; Udział starszych mechaników Polskiej Marynarki Handlowej w II wojnie światowej, „Zeszyt Szkoleniowy SSMM”, oprac. Stanisław Kozak, nr 24, Gdynia 1988; Jerzy Miciński, Księga statków polskich, tom 1, Gdańsk 1996; hasło Deyczakowski Zbigniew, oprac. Witold Parteka, [w:] Encyklopedia Gdyni, Gdynia 2006; „Morze” 1932 nr 7/8; „Morze” 1933, nr 12; „Monitor Polski” 14.05.1938; „Okólnik” 1952, nr 63; „Okólnik” 1956, nr 80; „Zeszyty Tłumackie” 2007, nr 1; Na morze po chleb i przygodę, Warszawa 1972; Czesław Adamowicz, Morze sprzyja odważnym, Gdańsk 1974; korespondencja w zbiorach Sali Tradycji UMG.

 

[1] Elżbieta Niewolska, „Zeszyty Tłumackie” 2007, nr 1.

[2] Wincenty Bartosiak, Od Repek do Miami Beach, [w:] Na morze po chleb i przygodę, Warszawa 1972, s. 20.

[3] Jerzy Miciński, Księga statków polskich 1918-1945, tom 1, Gdańsk 1996, s. 277.

[4] Jerzy Miciński, Księga statków polskich 1918-1945, tom 1, Gdańsk 1996, s. 277.

[5] „Morze” 1932 nr 7/8, s. 22.

[6] Władysław Kosianowski, Na „Roburze V” do Szwecji, „Morze” 1932, nr 12, s. 7.

[7] „Dziennik Gdyński” 29.06.1933.

[8] „Monitor Polski” 14.05.1938, nr 110, s. 1.

[9] Jerzy Miciński, Księga statków polskich, tom I, Gdańsk 1996, s. 299.

[10] Czesław Adamowicz, Morze sprzyja odważnym, Gdańsk 1974, s. 28-29.

[11] Stefan Gazeł, Pamięci załogi s/s „Zagłoba”, „Okólnik” 1952, nr 63, s 7.

[12] Alan Villiers, Posted Missing (fragment), „Okólnik” 1956, nr 80, s. 19.

[13] Korespondencja Koła Tczewiaków, w zbiorach Sali Tradycji UMG – D/2978, s. 233.

[14] Ibidem.

[15] List Adama Fiedorowicza, w zbiorach Sali Tradycji UMG – D/1350, s. 9.

[16] Hasło Tablica Yacht Klubu Polski, [w:] Encyklopedia Gdyni, Gdynia 2006.